fbpx

ZGUBIĆ SIĘ

Czasami warto się zgubić.

Nawet gps poległ z moją, nazwijmy to łagodnie – „kreatywnością przestrzenną.”
Był plan, była trasa, był cel.
Wydarzyło się inaczej.
Zgubiłam się.

Jestem sama. Nowe miejsce, nie znam zupełnie okolicy, nie znam nikogo. Nie wiem gdzie jestem, ani co jest w pobliżu. Żadnego punktu zaczepienia.

Początkowo próbuję nakłonić nawigację do współpracy. Daremnie. Może to ten upał zatrzymał jej działanie. Nie wiem, ale ewidentnie zgubiła się razem ze mną. Momentami mam wrażenie, że zamieniłyśmy się rolami i to ona czeka, aż ja jej wskażę drogę.
Po kilku bezowocnych próbach chowam telefon i postanawiam zdać się na „nos.”

Zamiast jechać wzdłuż drogi, jak planowałam, coraz więcej wokół mnie lasu. Bardzo to przyjemne, ale jednocześnie czuję, że „nie tędy droga.” A już napewno to nie ta droga, którą kilka godzin temu tak perfekcyjnie sobie wymyśliłam.

Początkowo zastanawiam się, co dalej. Jak złapać właściwy kierunek, tak by zrealizować założony plan. I czuję lekkie napięcie, bo naprawdę nie mam pojęcia gdzie jestem. 

O dziwo, z każdym kolejnym kilometrem odpuszcza niepewność, przestaję się zastanawiać gdzie dojadę i kiedy wrócę. Zaczynam czuć coraz większe rozluźnienie, obecność w tej właśnie chwili. Dostrzegam ciepły wiatr na skórze, zapach lata pomieszanego już z jesienią. Wolność, radość i takie proste szczęście. Niezależne od tego, czy osiągnę cel, czy nie. 

Po około godzinie takiego krążenia bez celu, a raczej z celem, który gdzieś był, ale zupełnie już nie wiedziałam gdzie, na drodze zaczęły pojawiać się pojedyncze domy. Piękne. Ze starodrzewiami w ogrodach, pięknymi kwiatami, jeden ładniejszy od drugiego. Przyjemnie. Mimo, że naprawdę zdążyłam się już przestać przejmować, że nie wiem gdzie jestem, upał daje się we znaki i zatęskniłam za jakąś miłą kawiarnią, żeby chwilę odpocząć. No ale w takim miejscu? Pogodzona, że to raczej nie nastąpi, oszczędnie popijam wodę, którą zabrałam ze sobą i jadę dalej.
I nagle przede mną wyrastają białe domki, ryneczek, urokliwe mało miasteczkowe sklepiki, piekarnia i…szyld kawiarni Mała Sówka.
Skręcam.

Po kilkukrotnym objechaniu rynku, ani małej ani dużej sowki nie ma. Kiedy już mam zawracać mam taką myśl, ze ona jednak gdzieś tu jest, więc robię jeszcze jedno okrążenie i dostrzegam wydrukowana strzałkę na kolorowej kartce A4. Zachęcona tym oryginalnym chwytem marketingowym udaję się we wskazanym kierunku.

I nagle widzę biały żagiel, pod którym wśród kwiatów, na pięknych kamieniach ustawionych jest kilka stolików, rosną wielkie trawy, a wszędzie konsekwentnie powiewają na wietrze kolorowe kartki z nazwami tego, co można w Małej Sówce zamówić. Absolutnie urocze miejsce. Bajkowe. Od samego patrzenia robi się przyjemnie. Przy jednym ze stolików siedzi pani w średnim wieku, która na mój widok uśmiecha się. Wita się ze mną i pyta, czy może mi zrobić coś do picia, bo upał, a ja widać przejechałam już spory kawałek drogi. Proszę kawę mrożoną. Pani okazuje się być właścicielką Małej Sówki. Jest tak radosna, szczerze zachwycona tym, że może mi coś podać. Bawi się zamówieniem proponując różne dodatki, a na końcu stwierdza, że przygotuje mi kawę niespodziankę, a ja odgadnę co w niej jest. Patrzę na nią z zachwytem. Niemalże unosi się nad ziemią i cieszy z tej kawy, jakby właśnie robiła najważniejszą i najprzyjemniejszą rzecz w życiu. Kawa jest faktycznie pyszna. Siada obok mnie i zaczynamy rozmowę. Opowiada mi o tym co dzieje się w miasteczku, jakie są atrakcje, zajęcia, jacy mieszkają tutaj ludzie.
Kilka minut później otwiera się okno nad nami i słychać „mamo zaparzysz herbatę?”. To córka właścicielki Sówki. Dosiada się do nas. Jest tak swobodnie, jakbyśmy się znały od lat, a ja byłabym znajomą, która wpadła na kawę.
Jakiś czas potem podjeżdża na rowerze jeszcze jedna pani, zamawia coś na wynos, ale widząc nas stwierdza, że się przysiądzie, ku radości pozostałych pań.
Jakbym była w innej rzeczywistości, gdzie nikt się nie śpieszy, czas miło płynie, co chwilę wybuchamy śmiechem, kawa mrożona miło schładza w to upalne popołudnie. Czuję się jakby czas się zatrzymał.
Miałam tylko wypić kawę, a mija ponad godzina, kiedy w końcu postanawiam ruszać dalej, nie chcą mnie wypuścić, namawiając bym jeszcze chwilę posiedziała. Faktycznie nie chce się stamtąd odjeżdżać.

Nie trafiam tam gdzie planowałam. Ale droga zaprowadziła mnie w miejsce, którego zupełnie się nie spodziewałam.

W powieściach obyczajowych dla kobiet, jest ostatnio modny wątek opowiadający pojawienie się obcej osoby w małym miasteczku, gdzie czas płynie wolno, wszyscy się znają, wpadają do siebie na ploteczki, a główna bohaterka zachwyca się tym klimatem, wprowadza do zrujnowanego domu, który przemienia w uroczą chatkę wśród zieleni. Tym samym zmienia swoje życie na piękne i spokojne.
No ja zrujnowanego domu nie planuję przekształcać w urocze siedlisko, ale na kolejną kawę w Małej Sówce się umówiłam.

Czasami warto się zgubić. Pozwolić na zmianę planów. Może wydarzyć się coś znacznie lepszego niż to, co zamierzone.

  • Tak się dzieje kiedy ufasz życiu, ufasz sobie, pozwalasz, by rzeczy działy się tak, jak dla Ciebie najlepiej, co czasami oznacza nie tak, jak sobie wymyśliłeś.
  • To wymaga tego, byś uwierzył, że to, co się dzieje ma sens, nawet jeśli tego jeszcze nie widzisz.
  • I tego, byś mimo wahania i braku pewności przyjął to, co się pojawia.
  • A przede wszystkim odwagi pójścia w ten scenariusz. Odpuszczenia swojej bajki i upierania się, że Ty wiesz najlepiej. 

Wtedy ma szansę przyjść do Ciebie to, co wypełni Cię radością, spokojem, dobrą energią. I stanie się to naturalnie. Bez wysiłku. Bez kontrolowania i pilnowania kolejnych punktów Twojego genialnego planu na życie. Po prostu przyjdzie. 

Wierzysz w to? 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2021 Kamila Lewicka
Projekt i wykonanie: 2CREO